Znajdujesz się na stronie wyników wyszukiwania dla frazy Już minęły wakacje jesien wrzosy rozdaje. Na odsłonie znajdziesz teksty, tłumaczenia i teledyski do piosenek związanych ze słowami Już minęły wakacje jesien wrzosy rozdaje. Tekściory.pl - baza tekstów piosenek, tłumaczeń oraz teledysków. Znajdujesz się na stronie wyników wyszukiwania dla frazy Juz wakacje sa za nami,Wotold Maksymkin,czas do szkoly. Na odsłonie znajdziesz teksty, tłumaczenia i teledyski do piosenek związanych ze słowami Juz wakacje sa za nami,Wotold Maksymkin,czas do szkoly. Tekściory.pl - baza tekstów piosenek, tłumaczeń oraz teledysków. niech się pod stół skryje. niech pod stołem zaśnie. tego we dwa kije. 3. Z piosenki "Chałupy welcome to" Zbigniewa Wodeckiego dowiadujemy się, że na plaży w Chałupach można spotkać: hippisa. golasa. syrenę. 4. Znajdujesz się na stronie wyników wyszukiwania dla frazy piosenka wakacje klasa I Ewa Stadtmuller. Na odsłonie znajdziesz teksty, tłumaczenia i teledyski do piosenek związanych ze słowami piosenka wakacje klasa I Ewa Stadtmuller. Tekściory.pl - baza tekstów piosenek, tłumaczeń oraz teledysków. Ale zawsze pamiętajmy o bezpieczeństwie. O tym mówią również słowa wierszyka”Wesoła kąpiel”. Kiedy słońce mocno praży, najprzyjemniej jest na plaży. Złoty piasek w pięty grzeje. Ja się śmieję, wiatr się śmieje! Chociaż rzeczka chłodem kusi, czy bezpieczna, sprawdzić musisz, nim do wody wskoczysz! Vay Tiền Trả Góp 24 Tháng. Uroczyste zakończenie roku to dla każdego ucznia chwila niezwykle radosna, rozpoczynająca okres dwumiesięcznej zabawy, rozrywki i beztroski. W piątek, 22 czerwca w szkole podstawowej w Snowidzy odbył się apel podsumowujący rok szkolny 2017/2018, na który przybyli zaproszeni goście i rodzice. Podczas uroczystości dyrektor Dariusz Brzyk w imieniu całej społeczności uczniowskiej pożegnał księdza proboszcza Dariusza Pudełko, który opuszcza parafię w Snowidzy. Następnie nadeszła chwila, na którą czekali wszyscy uczniowie – dyrektor wraz z wychowawcami wręczyli nagrody oraz dyplomy za wysokie osiągnięcia w nauce i różnorodnych konkursach szkolnych, międzyszkolnych, powiatowych, które odbywały się w czasie roku szkolnego. Tytuł PRIMUS INTER PARES i nagrodę specjalną otrzymała Julia Piórkowska, uczennica klasy IV B. Otrzymała ona również nagrodę pieniężną ufundowaną przez wójta Gminy Mściwojów Mariusza Forysia. Nagrodzeni zostali również uczniowie, którzy aktywnie brali udział w rocznych projektach: Inkubator, Dobre Serce i Trzymaj Formę. W wyniku losowania nagród głównych: hulajnogi i roweru, wyłonieni zostali szczęśliwcy: w kategorii klas 0-III – Jaś Kurzydło, uczeń klasy I, a w kategorii klas IV –VI – Wojciech Czerwiński, uczeń klasy IV A. Wszystkie nagrody zostały ufundowane przez Radę Rodziców, której należą się serdeczne podziękowania. Na apelu wywołana “do tablicy” została także pani Iwona Spurek-Majka, która otrzymała tytuł Nauczyciela na Medal w kategorii nauczyciel przedszkola. Po uroczystości wszyscy rozeszli się do klas po świadectwa. Moje dzieci muszą czasem zobaczyć „inną mamę” – tę bardziej obecną. Opowiem wam, jak nauczyłam się rezygnować z wakacyjnych planów i odnawiać rodzinne na dobre wakacje? Mieć czas dla siebie i rodziny. Nawet bez planu i wypasionego wyjazdu za najmłodszy syn lubi zapomnieć o butach. Dokądkolwiek się wybieramy – zazwyczaj na ostatnią chwilę – pyta: „Będę tam potrzebował butów?”. Odpowiedź jest zawsze twierdząca, ale musi upłynąć jeszcze dużo czasu, nim powstrzyma go to przed wsiadaniem do auta boso, bez świadomości, że kiedy znajdziemy się naprawdę daleko od domu, będzie także:Masz dość stresującego życia? Czas na rodzinne wakacje!Pewnego dnia (dnia pod hasłem „zawracamy-bo-w-samochodzie-jest-mniej-butów-niż-stóp”) byłam naprawdę zirytowana. Znacie ten stan, kiedy człowiek szybko chodzi, szybko mówi i szybko wpada w szał, bo nie przewidział czasu, żeby się skupić i pozbierać? Tak było ze się skupiła, pewnie zauważyłabym, że ktoś nie ma butów, a wyszczekiwane komendy wcale nie pomagają nam wyjść z domu na cisnęłam już buty na tylne siedzenie i wyjechałam z podjazdu po raz enty tego dnia, syn zadał mi pytanie, które w jednej chwili sprowadziło mnie na ziemię. „A jak mecze się skończą, będziemy mieli czas na »Tydzień z mamą«?”Przepis na dobre wakacje„Tydzień z mamą” miał miejsce zeszłego lata. Po zakończeniu roku szkolnego, kiedy mąż uwiązany był jeszcze w swojej ponadetatowej pracy, zabrałam dzieci do domku moich rodziców. Tylko czwórka dzieci i ja. Trochę się bałam jazdy, przerażało mnie też, czym zajmę czworo wymagających ludzików przez pięć dni z powinnam się była martwić. Podróż minęła spokojnie (przynajmniej tak to wspominam po prawie roku), a na miejscu spędzaliśmy dni chodząc na spacery i grając we wszystkie gry planszowe, jakie znaleźliśmy. Przypaliłam obiad, co bardzo nas rozśmieszyło, utknęliśmy w błocie, próbując przepchnąć kajak i chichotaliśmy przy tym. Pewnego dnia źle obliczyłam czas potrzebny na obejście jeziora dookoła, więc z powrotu do domu zrobiliśmy całe przedstawienie, dziewczyny narzekały, a chłopcy rozśmieszali je, udając że widzą fatamorganę w postaci sklepów ze słodyczami, w których wszystko jest za było w tamtym tygodniu „maminych porażek”, ale właściwie dobrze się bawiłam, dzieci też. Nigdzie się nie śpieszyliśmy, buty nie były potrzebne, zbliżyliśmy się z dziećmi do siebie w sposób, za którym teraz miałam planu, żeby „Tydzień z mamą” stał się doroczną tradycją, ale dzieci – owszem. Uwielbiają swoje zajęcia sportowe, gry i lekcje muzyki, to jasne, ale tak samo, a nawet bardziej, kochają gry planszowe, leniwe poranki i mamę bez terminarza w ogarniają mnie wątpliwości, myślę o moim synu, który w samochodzie wciąga na nogi zapomniane buty i prosi o „więcej mnie”, nawet jeśli właśnie jestem także:Jak wychować szczęśliwe dziecko?Brak planu to też planU progu wakacji, kiedy słyszę, jak inne rodziny szczegółowo planują całe lato, mam trochę skrupułów, anulując większość zajęć. Czy dzieci powinny mieć coś do roboty? Czy jesienią będą miały zaległości, jeśli nie będą ćwiczyć w lecie? Czy zaczniemy chodzić po ścianach i wzajemnie doprowadzać się do szału, nie mając konkretnych planów?Często słyszymy, jak ważne jest, żeby się „zresetować” – czuję, że ten „reset” jest dla dzieci równie ważny, jak dla nas. Katie Hurley, dziecięca psychoterapeutka, w swojej książce „The Happy Kid Handbook” („Przewodnik szczęśliwego dziecka”) pisze tak:Dzieci muszą mieć czas na bycie dziećmi – na zabawę, pisanie, rysowanie, śpiew, taniec i wygłupy. I dodaje: „Choć dzieci lubią różne sporty zespołowe, bardzo ważne jest, by dać im też mnóstwo wolnego czasu na odkrywanie świata”.Czytaj także:Podróżowanie z małym dzieckiem jest możliwe i fajne! Nasze praktyczne radyWolny czas pozwala odbudować więzi, osłabione podczas roku szkolnegoKiedy resetujemy nasze telefony komórkowe, zabawki albo telewizory, często pojawia się komunikat, który przypomina, że w urządzeniu przywrócone zostaną ustawienia fabryczne. Lubię myśleć, że to właśnie dzieje się podczas naszych wakacji. Jako matka dzieci, niebędących już dawno oseskami, z czułością myślę o ich niemowlęctwie. Zawsze byliśmy blisko – gdy kołysałam je do snu i gdy modliłam się, żeby były cicho dość długo, bym zdążyła wziąć prysznic – była między nami ta więź, która z upływem czasu zdaje się sądziłam, że to ja chcę przywrócić dzieciom „ustawienia fabryczne”, ale być może i one tego chcą. Najlepsza rzecz, jaką mam dla nich tego lata, to nie harmonogram wypełniony zajęciami, lecz świadome starania, by dać im więcej siebie. Tego lata mam zamiar nas wszystkich zresetować, urządzając „Tydzień z mamą” albo po prostu pytając, jak chciałyby spędzić wakacje. W ogóle nie mam obaw przed naciśnięciem tego guzika. Prawdę mówiąc, nie mogę się doczekać. środa, 19 grudzień 2018 14:51 Skomentuj jako pierwszy! Dział: Fakty Wydrukuj Email Za pierwszą rundę dziękujemy Siatkarze Cerradu SMS Starachowice zakończyli pierwszą rundę rozgrywek trzeciej ligi świętokrzyskiej. W ostatnim w tym roku pojedynku ligowym starachowiczanie przegrali z AZS UJK Kielce 0:3. Ostatnie dni nie były łatwe dla siatkarzy Cerradu SMS Starachowice. Problemy zdrowotne kilku zawodników zbiegły się z przerwaniem zwycięskiej serii ligowej. Po trzech zwycięstwach z rzędu po 3:1 starachowiczanie przegrali w piątek wyjazdowy pojedynek w Staszowie z miejscowym Siatkarzem. Kilka dni później nasza drużyna powróciła do własnej hali i we wtorkowy wieczór rozegrała pojedynek ze „studentami” z Kielc. Nieco niedoceniany zespół ze stolicy świętokrzyskiego okazał się niezwykle wymagającą przeszkodą dla siatkarzy Cerradu, w którego szeregach doszło do kilku zmian. Nowym kapitanem drużyny został Karol Strabanik, a do dłuższym okresie przerwy do zespołu powrócił jej trener Daniel Rapcia. Skuteczni goście Od pierwszych akcji wtorkowego pojedynku widać było, iż ekipa gości jest niezwykle poukładanym zespołem, a jej gra może się podobać i jest skuteczna. Goście objęli w pierwszym secie szybkie prowadzenie (4:3, 8:5). Co prawda Cerrad po chwili wyrównał już stan gry (8:8), ale kielczanie znów nam odskoczyli wyraźnie (16:10). W tym czasie na boisku w naszym zespole pojawił się Maciej Kosowski. Rozgrywający starachowickiej drużyny w kolejnych akcjach próbował dobrym rozegraniem wspierać swoich kolegów. Niestety odrabianie strat niezbyt wychodziło naszej drużynie (17:11, 20:12, 22:14). Za chwilę AZS prowadził już 24:16 i wtedy w drużynę Cerradu wstąpił nowy duch. Starachowiczanie zdobyli sześć oczek z rzędu (24:22 dla AZS-u), ale na więcej nie wystarczyło już czasu. Goście wygrali tę partię 25:22. Po zmianie stron gospodarze nie pozwalali już kielczanom na powiększanie swojej przewagi. Udawało się to jednak tylko do stanu 7:7. W kolejnych akcjach goście znów byli skuteczni. Szczególnie efektywny był Mateusz Stós, który raz po raz dokładał kolejne oczka na konto AZS UJK. Kielczanie powoli „odjeżdżali” gospodarzom (9:7, 13:9, 16:12, 19:13, 22:18). Starachowiczanie nie byli w stanie zmniejszać tej straty i za kilka akcji drugi set zakończył się porażką SMS-u (25:19). Wrócili do gry Kolejna partia meczu była już znacznie lepsza w wykonaniu gospodarzy. W ekipie Cerradu nie brakowało ambicji, woli walki i wielkiego zaangażowania. Ważne punkty zdobywali Zieja, Dudek, Strabanik. Dobrze serwowali Wojtas oraz Erbel. Dobre piłki rozgrywał Kosowski. Kuźdub bronił wiele piłek. Drużyna była drużyną, której celem było zwycięstwo. Głośniej dopingiem wspierali ich również starachowiccy kibice. Trzeci set to prawdziwa walka punkt za punkt i remisowy stan gry (6:6, 9:9, 12:12). Wyrównany mecz utrzymywał się do ostatnich piłek tej partii (18:18, 21:21). Za chwilę na prowadzenie wyszli starachowiczanie (22:21), ale kolejne trzy akcje kończą się punktami dla gości (22:24). Starachowiczanie zdobywają punkt i wracają do gry. W kolejnej akcji niestety nie udaje się jednak zablokować ataku gości i AZS UJK wygrywa cały mecz 3:0. Porażka z kielczanami sprawiła, iż Cerrad SMS spadł na piąte miejsce w ligowej tabeli. Wszystko wskazuje na to, że właśnie na tej pozycji zakończy pierwszą rundę ligowej rywalizacji. Już w styczniu drużyna powróci do ligowej rywalizacji. 10 stycznia Cerrad SMS zagra we własnej hali z Hetmanem Włoszczowa. Mecz będzie okazją do rewanżu za inauguracyjną porażkę z pierwszej kolejki 2:3. CERRAD SMS Starachowice – KU AZS UJK Kielce 0:3 (22:25, 19:25, 23:25) Cerrad SMS: Krystian Wrzesień, Artur Dudek, Karol Strabanik, Kacper Zieja, Rafał Erbel, Szymon Wojtas, Hubert Kuźdub, Maciej Kosowski oraz Daniel Rapcia, Krzysztof Jary, Jakub Zatorski. AZS UJK Kielce: Jakub Jaworski, Piotr Kołodziejczyk, Dominik Woźniak, Łukasz Kiniorski, Łukasz Sałapa, Mateusz Stós, Hubert Sasal, Kamil Krakowiak, Maciej Zieliński, Karol Zając, Michał Kuleta. Źródło: UM Starachowice powrót na górę Poeta, człowiek, który wie wszystko, anioł sceniczny. Ale także zajęty sobą i zmagający się z demonami neurotyk. Jaki był Jonasz Kofta? PANI: W tym roku minęła 33. rocznica śmierci pana ojca. To pan odebrał telefon z dramatyczną informacją o wypadku w klubie SPATiF-u, gdzie Jonasz Kofta zakrztusił się podczas obiadu i w konsekwencji nieprzytomny trafił do KOFTA: To był przełom stycznia i lutego 1988 roku. Czas ogólnie dość nieprzyjemny. Miałem 14 lat i fatalistyczny stosunek do tego, co dzieje się z ojcem. Jonasz pisał sobie kronikę nadchodzącej śmierci. W jakimś sensie przygotowywał się do niej. Widać to po tym, co pisał i jak żył przez ostatnie dwa lata. Historia wypadku w SPATiF-ie jest mroczna i dziwna. Zmieniła się w anegdotę, choć tak naprawdę jej kluczowych elementów nigdy nie udało się potwierdzić. Nie ma świadków. Był tam tłum ludzi, ale nikt niczego nie w szpitalu dawali nadzieję?Mówili po prostu „czekamy”. Jak rozumiem, chodziło o moment, kiedy wyłączą podtrzymujące życie maszyny. Sytuację mógł zmienić jedynie cud, a te, jak wiadomo, zdarzają się rzadko. Nie byłem w stanie myśleć w kategoriach nadziei. W ten sposób dosyć wcześnie dotarła do mnie nieprzyjemna wiedza o życiu, pozbawiająca zbędnych złudzeń na przyszłość. Często wspomina pan ojca?Lubimy o nim rozmawiać z mamą. Ostatnio wspominaliśmy jego chłopięcą spontaniczność. Kiedy podjął jakąś decyzję, czuł potrzebę, żeby ją natychmiast zrealizować. Wpadał na pomysł, że pojedzie z kolegą nad morze, i od razu wsiadali do pociągu. Mnie też zdarzały się takie spontaniczne pomysły, ale zawsze miałem podejrzenie, że robię coś głupiego. Wszystko z powodu samokontroli, której Jonasz był całkowicie pozbawiony. Zachcianki-impulsy sprawiały, że nie trzymały się go pieniądze. Przykład – skoro wybieramy się na wakacje do Zakopanego, polećmy samolotem do Krakowa, a z Balic na Krupówki – Kofta wspomina, że nie można było mu powiedzieć, że ma na sobie coś ładnego. Od razu zdejmował i oddawał. Nie chodziło więc tylko o własne zadowolenie, ale też o przyjemność robienia przyjemności lubił się czuć jak czarodziej, który coś fajnego wyciąga z kapelusza. Miał w sobie coś z dorosłego dziecka. Przepadał na przykład za graniem na wyścigach konnych, ale po to, żeby się emocjonować, a nie dla wygranych. Wyścigi były wtedy jedynym miejscem w Warszawie, gdzie legalnie można było się oddać hazardowi. Śmietanka towarzyska się tam zbierała i kolegowała z podejrzanym elementem. Bywałem tam w towarzystwie taty i typków w skórzanych kurtkach. Człowiek bez odrobiny dziecka w sobie jest skazany na smutne życie. Jonasz miał go w sobie sporo – to jeden z kluczy do jego poezji. Kiedy ukazała się pierwsza biografia Jonasza „Jego portret” Piotra Derlatki, znalazł pan tam coś, czego pan o ojcu nie wiedział?W trakcie pisania autor informował nas o różnych odkryciach. Wiele z nich uznałem wtedy za ciekawe i zaskakujące. Na przykład to, że ojciec tak wcześnie przepowiedział sobie karierę – w wieku 16 czy 17 lat wiedział, że chce być artystą. Ja, będąc nastolatkiem, nie wiedziałem o sobie kompletnie nic. Jonaszowi może ułatwiło wybór to, że w 1955 roku rozpoczął naukę w liceum plastycznym w Poznaniu, które stanowiło enklawę koloru w bardzo mało kolorowych czasach. Był wtedy zagubionym młodym człowiekiem przerzucanym między rodzicami, którzy się rozstali, i jak rozumiem, mającym poczucie, że nie jest kochany i nie ma domu. Ta szkoła stworzyła mu doskonałe warunki do rozwoju. Dowiedział się, kim jest, kim chce być, i dostał solidną porcję akceptacji, która była mu w życiu bardzo zaskoczenia?To, że jako młody człowiek pisywał listy. Autor biografii dotarł do pierwszej wielkiej miłości Jonasza i jego wspaniałych listów do niej. Natomiast ja dostałem od niego w życiu dwie pocztówki. Wprawdzie w latach 70. i 80. jeszcze pisało się listy. Sam w czasach przed komputerowych dużo ich pisałem i lubiłem to, ale Jonasz widocznie wyczerpał się w tym zakresie w młodości. W książce znalazły się informacje o wielu naszych dalekich przodkach, o których nie miałem zielonego pojęcia. Żyłem w przekonaniu, że te dokumenty spłonęły w czasie wojny. Jak się okazało, myliłem się. Teraz wiem, że pochodzę z rodziny kupców żelaznych, właścicieli ubojni oraz inżynierów. Ta myśl jest zabawna i niepokojąca jednocześnie. Nie wiedziałem też, że Jonasz w pierwszych latach kariery kabaretowej z powodu paraliżującej tremy bał się występować. Koledzy musieli go wypychać na scenę. W mojej pamięci to już był anioł sceniczny, z tym esprit, którego nie można się nauczyć. Stał się nim mimo ograniczeń – nie miał nadzwyczajnej dykcji ani wybitnego słuchu. Uświadomiłem sobie też, że nigdy nie widziałem Jonasza na scenie na żywo. Jest to dziwne, ale nie aż tak, jak mogłoby się wydawać. Lata 80. nie były dobrym czasem w jego życiu. Mało występował, najczęściej to były chałtury poza Warszawą. Takich sukcesów jak przez całe lata 70. już nie odnosił. Poza tym myślę, że nie miał szczęścia…Co to znaczy?Zbiegły się w jego życiu niekorzystne okoliczności. Najpierw ciężka choroba, nowotwór ślinianki pokonany dużym kosztem zdrowotnym. Leczenie wprawdzie uratowało mu życie, ale skazało go na chorobę popromienną. Oprócz wyciętych węzłów chłonnych i ślinianek, miał spaloną skórę z jednej strony twarzy. Dla artysty występującego na scenie to dramat. Dodatkowo był to czas rewolucji rockowej. Popularne zespoły nie stawiały na artyzm, a estetyka rockowo-punkowa podkreślała niedoskonałość, a nawet brak umiejętności. Co mi się zawsze podobało, ale Jonaszowi nie. Żałuję, że nie zdążyłem się z nim o to pokłócić. W latach 80. nawet festiwale, które wcześniej były wielkimi spektaklami, stawały się z wolna synonimem obciachu. To go męczyło, szukał dróg ucieczki. Oprócz artystycznych były też inne formy eskapizmu, jak alkohol. W latach 80. nawet festiwale, które wcześniej były wielkimi spektaklami, stawały się z wolna synonimem obciachu. To go męczyło, szukał dróg ucieczki. Oprócz artystycznych były też inne formy eskapizmu, jak alkohol. Alkohol pojawił się w jego życiu wcześnie…Pierwszy raz na odwyk alkoholowy trafił w wieku 18 lat. Potem przez jakiś czas nie pił. I znowu zaczął. Jego relacja z alkoholem rozwijała się falami. Pił wtedy, kiedy mu było źle. W związku z tym po wydarzeniach 1968 roku, które, jak sadzę, mocno go zdołowały, pił strasznie. Jego ojciec odchodził od zmysłów. A potem przez całe lata 70., kiedy miał się dobrze i odnosił sukcesy, nie pił w ogóle. Gdy pod koniec lat 70. zaczął znowu, to jeszcze nie było niebezpieczne. W każdym razie jemu wydawało się, że nad tym panuje. Osoby z chorobą alkoholową miewają tego rodzaju iluzje. A potem zachorował i jak wypisano go ze szpitala po naświetlaniach, prawdopodobnie uznał, że choroba w każdej chwili może wrócić. I że już nie ma żadnego powodu, żeby się kontrolować. Wiem też z relacji jego znajomych i przyjaciół, że miał poczucie winy. Męczyło go, że nie dba o rodzinę, zawodzi jako ojciec i mąż. Nie wiedział, jak się wydostać z tej matni, a inni nie wiedzieli, jak mu pomóc. Wtedy nawet słowa „depresja” się nie używało, nie mówiąc już o wiedzy, jak pomagać osobom nią dotkniętym. W przypadku Jonasza wszyscy skupiali się na chorobie alkoholowej, a tymczasem, moim zdaniem, ona była wtórna wobec jego depresyjnych leczył się?Chodził do psychiatry, jadł psychotropy, ale bez jakiegoś racjonalnego planu, bez właściwej diagnozy. Stan Jonasza widać doskonale w tym, co pisał. Wtedy zaczął budować wokół siebie czarną legendę. To, co pisał, jest depresyjne i mroczne. O uciekaniu, ciemności, śmierci… Powoli zamykał się we własnym go pan pamięta ze swojego dzieciństwa?Jonasz obłożony książkami. Bo czytał wiele książek naraz. Nie był wybrednym czytelnikiem – pochłaniał to, co mu wpadło w ręce. Absolutnie wszystko go interesowało. To taki stan, w którym, jeśli pod ręką nie ma książki, czyta się etykiety na słoikach, napisy na papierosach i skład pasztetu podlaskiego. Oboje z mamą zarazili mnie miłością do literatury. Taką na śmierć i życie. Nauczyłem się czytać i pisać, gdy miałem cztery lata. Na początku pisałem cyrylicą – byłem dumnym posiadaczem rosyjskiej książeczki z bajkami i te litery podobały mi się bardziej niż alfabet łaciński. W końcu musieli mi przerywać czytanie i zaganiać do spania oraz chować przede mną książki niewłaściwe, które i tak znajdowałem. „Sztukę kochania”, „Seks partnerski”, „Raz w roku w Skiroławkach” czy „Żywoty pań swawolnych” znałem, ale nic z nich nie czułym ojcem? Wiersz, który napisał z okazji pana narodzin, jest pełen się mną opiekował, kiedy byłem bardzo mały. To on był od kąpania, przewijania… Dość nietypowe jak na tamte czasy. Później miał bardziej tradycyjny pomysł na bycie ojcem – jego rolą było zarabianie pieniędzy. I rzadko wychodził poza ten schemat. Miał momenty, kiedy przypominał sobie, że powinien być ojcem, i próbował być stanowczy. Zaczynał się wtedy interesować, do której klasy chodzę… (śmiech) Albo kiedy zasiedziałem się u kolegi na osiedlu, szedł mnie zgarnąć. Zbliżał się zamaszystym krokiem wściekły, że został oderwany od ważnych spraw. Już podchodził do mnie, żeby mnie zbesztać, nabierał powietrza i… rezygnował. To mnie śmieszyło. Ojcowie kolegów też nie byli zbyt czuli i nie poświęcali dzieciom zbyt wiele uwagi. A ja byłem na dodatek dzieckiem artysty wędrownego, którego często nie było, a kiedy był, odsypiał noce, podczas których był człowiekiem renesansu…Niektóre rzeczy robił znakomicie, ale bywał też zabawnie bezradny. Jego polszczyzna była doskonała, na leśmianowsko-tuwimowskim najwyższym poziomie. Malował, choć uważam, że poetą był lepszym niż malarzem. Nie rozwinął tej umiejętności może dlatego, że był tego świadomy. Kiedy po liceum zdawał na ASP, w polskiej sztuce wciąż dominował jeden kierunek malarstwa – kapizm, który okazał się dość banalny. Myślę, że to mu się nie podobało. Potem poznał i przyjaźnił się z wybitnymi twórcami, jak Jerzy Duda-Gracz czy Waldemar Świerzy. Powrócił do malowania w latach 80., gdy szukał formy wyrazu dla swoich czarnych emocji. Nie wiadomo, jak jego sztuka by się rozwinęła, gdyby dostał od losu więcej umiejętności nie posiadał?Nie umiał pisać na maszynie, nie prowadził samochodu, śrubek nawet nie próbował przykręcać. Tak zwane męskie umiejętności były mu obce. I nie miał z tym problemu. Co też jest ciekawe, bo w tamtych czasach wymagano od mężczyzn, żeby mieścili się w wyciosanym siekierą męskim wzorcu. Planowanie i organizacja nie były jego mocną stroną. Dowód osobisty wyrobił dopiero, gdy miał 29 lat. Wtedy wszyscy używali kalendarzy. Zachował się kalendarz Jonasza z 1970 roku, ambitnie prowadzony do połowy był ze swojej fotograficznej talent w naszej sytuacji cywilizacyjnej nie ma już znaczenia. Dzisiaj możemy pomóc pamięci, korzystając z zasobów sieci. To powoduje, że nie musimy zapamiętywać. W czasach Jonaszowych zdarzali się ludzie z nadzwyczajną pamięcią. Współcześnie ostatnim takim człowiekiem jest Jan Gondowicz, encyklopedysta, pisarz i publicysta. Ostatni polihistor, czyli człowiek, który wie wszystko. Do tego lepszy od Google’a, bo z poczuciem humoru. Jonasz też wiedział wszystko i lubił się tym popisywać. Chciał uchodzić za najmądrzejszego w pomieszczeniu. Jonasz wiedział wszystko i lubił się tym popisywać. Chciał uchodzić za najmądrzejszego wpomieszczeniu. Potrzebował publiczności?Zdecydowanie. To się czasami bardzo przydawało. Koledzy traktowali Jonasza jak ostatnią deskę ratunku w urzędzie cenzury, gdzie kontrolowano teksty kabaretowe. Potrafił skomplikowaną, erudycyjną wypowiedzią, jakkolwiek pozbawioną sensu, zrobić cenzorowi wodę z mózgu. Mnie to trudno zrozumieć – jestem człowiekiem o prywatnym usposobieniu i każde zgromadzenie ludzkie jest dla mnie za duże. Słabo się nadaję na człowieka o znanym nazwisku. Gdy mnie filmują, zaczynam się pocić, drapać i przestaję myśleć. W sytuacjach oficjalnych, kiedy trzeba zabawiać publiczność, tracę kontenans. Ale mam – jak słyszałem – podobny do Jonasza głos oraz podobnie chodzę i gestykuluję. Jestem mocniej zbudowany. Mógłbym go na rękach nosić – był słusznego wzrostu, lecz szczupły. Stefan Friedmann mówi, że Jonasz mógł jedynie żałować, że nie jest wysokim ich poczucie humoru. Jonasz był najlepszy w żartach sytuacyjnych. To pokazuje anegdota o jego wizycie u lekarza, kiedy dowiedział się, że ma nieżyt żołądka. Zawołał wtedy: „Jak nieżyt, jak Żyd”. Mama natomiast jest anegdotystką, zbiera historie i pięknie je opowiada. Mam trochę jednej i drugiej umiejętności. Ale trudno ich używać na co dzień, dzisiaj ludzie mają przytłumione poczucie humoru i słabo rozumieją ironię. Podobnie jak Jonasz realizuję się w małych formach – gdy coś zaczynam pisać, to mi się szybko kończy. Ale ojciec porywał się na dłuższe twórczość dramatopisarska pozostaje niedoceniona. Znowu zabrakło szczęścia. Bo „Wojna chłopska” to naprawdę niezła sztuka. Dramatów, które Jonasz napisał sam, nie ma tak wiele – musical „Oko”, wspomniana „Wojna chłopska”, nigdy niewystawiana sztuka „Wątroba faraona” i utwór słowno-muzyczny „Historia żołnierza”. Wszystko inne pisał z kimś. Do większej formy potrzebował kogoś do Stefan Friedmann, z którym tworzył „Dialogi na cztery nogi” czy „Fachowców”. Potrzebował sparingpartnera: kogoś, kto go przytrzyma przy pracy i będzie publicznością?Bardzo prawdopodobne, że tak właśnie było. Chociaż warto dodać, że w tych audycjach ich spontaniczność jest wypracowana. To nie improwizacja, ale kontrolowana literacka robota. Niczego podobnego w Polsce nie napisano. Te słuchowiska są unikatowe, oparte na surrealistycznym purnonsensie, który potem Polacy dostali dopiero od Monty Pythona. Dzisiaj nie mamy rdzennej kultury humoru, co nie oznacza, że humoru nie ma – wystarczy zajrzeć do mediów społecznościowych. Do tego do konsumpcji współczesnej kultury trzeba znać angielski. Wtedy to dopiero ma to nie było niezbędne…Jonasz nie znał żadnego innego języka, choć wydawało mu się, że zna. Tylko Ireneusz Iredyński mówił gorzej po angielsku niż on. Ojciec miał doskonałą pamięć, więc łatwo przychodziło mu udawanie, że język obcy zna. Lubił wrzucać do piosenek makaronizmy – tu coś z rosyjskiego, tu z francuskiego, tam z angielskiego, łaciny czy włoskiego. To ciekawe, że jedni ludzie mają talent lingwistyczny, inni nie mają, a jeszcze inni potrafią udawać, że go posiadają. Większość ludzi, którzy go znali, nie miała pojęcia, że Jonasz nie zna języków, którymi się posługuje w zamknięty w szufladzie z napisem „estradowiec”. Brakuje powszechnej świadomości, że był niezwykłym to powszechne zjawisko. Dlatego tak bardzo ucieszyłem się z Nagrody Nobla dla Boba Dylana. Pomyślałem wtedy, że to wyróżnienie dla wszystkich, którzy przez lata uchodzili za tekściarzy, czyli poetów drugiej kategorii. Jonasz, podobnie jak Dylan, miał tę rzadką cechę, że potrafił pisać dla wszystkich. Był zrozumiały dla odbiorców, którzy na co dzień z poezją nie obcują, a jednocześnie nie spłycał w tym celu przekazu. To maestria językowa. Bo pisać trudną poezję jest łatwo – wiem po sobie. W XX wieku nie mamy wielu poetów z taką łatwością zejścia na poziom odbiorcy i mówienia rzeczy skomplikowanych. Tak pisali Tuwim, Gałczyński, Szymborska… Już Leśmian jest za trudny dla przeciętnych użytkowników języka polskiego. Jonasz nie znał żadnego innego języka, choć wydawało mu się, że zna. Tylko Ireneusz Iredyński mówił gorzej po angielsku niż on. Ojciec miał doskonałą pamięć, więc łatwo przychodziło mu udawanie, że język obcy zna. Czy Jonasz zdawał sobie z tego sprawę?Nie wiem. Ale kiedy mówił o sobie, że jest tekściarzem, to była raczej możemy się też tego dowiedzieć z wywiadów, których sam w tych wywiadach od rzeczy, mądrzy się, zasłania słowami. Prasa w PRL-u była czymś innym – zazwyczaj stanowiła część aparatu opresji, a przeważnie była sztywna i koturnowa. Jonasz się tak najeżał, że zza kolców nie dało się nic zobaczyć. W każdym razie ja nie znam faceta, który się wypowiada w tych mając niecałe 46 lat…Był jeszcze młodym facetem. Uświadomiłem to sobie, kiedy sam stałem się dojrzały. Dzisiaj jestem od niego starszy. Byłem 14-latkiem, kiedy zmarł, i nasze kontakty dopiero mogły stać się partnerskie. Wielu ważnych rozmów nawet nie pan odpowiedzi na te niezadane pytania w jego wierszach?Im jestem starszy, tym więcej rozumiem z jego twórczości i wyborów życiowych. Tych dobrych i tych niedobrych. Rozumiem, więc nie mam mu za złe. Jego się nie dało nie lubić. Nawet jak robił Kofta (1942–1988) - poeta, dramaturg, satyryk, piosenkarz i malarz. Urodził się na Wołyniu w rodzinie żydowskiej. Najpierw mieszkał we Wrocławiu i w Katowicach, gdzie jego ojciec zakładał rozgłośnie radiowe. Potem w Poznaniu, tam też uczęszczał do Liceum Plastycznego im. Piotra Potworowskiego. Studiował na ASP w Warszawie. Występował w kabaretach Hybrydy i Pod Egidą. Nagrywał audycje dla radiowej Trójki. Jest autorem wielu znanych piosenek, „Jej portret”, „Pamiętajcie o ogrodach”, „Autobusy zapłakane deszczem”.Piotr Kofta - syn Jagi i Jonasza Koftów. Urodził się w 1973 roku. Z wykształcenia socjolog. Dziennikarz, krytyk literacki, pisarz. Autor książek „Bura małpa” i „Piękne wieczory”. Zaczęły się upragnione przez wszystkich wakacje. Ale czy na pewno to czas wolny od wszelkich zajęć? U nas zapowiadają się dość pracowicie... W związku z nowym projektem, choć nieco przypadkiem, trafiły do naszego domu kostki . Dzięki firmie każdy z uczestników został wyposażony w komplet podstawowy i jeden losowy dodatek. Ale tylko mnie mogło się zdarzyć, że w czerwcowym szale wpisałam zamiast adresu szkolnego, domowy :) Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy kurier zapukał do drzwi, bezcenne. Ale nie o moim gapiostwie wpis ten będzie. Raczej o tym, co z niego wynikło. Otóż, Panicz, a zaraz za nim Panienka, dopadli nowych, interesujących sześcianów i zaczęli dopytywać. Co to jest? A dlaczego są obrazki? Co się z tym robi? I jeszcze jakieś sto innych, które umknęły niezapamiętane. Po dość oględnym wytłumaczeniu, do czego służą kostki, dzieci postanowiły spróbować swych sił. Pierwszy, rzecz jasna, wystąpił Panicz. Rzucił kostkami, wymyślił historyjkę, a następnie przeszedł do tworzenia na jej podstawie komiksu. Przyznam szerze, że jak na debiut, całkiem nieźle mu poszło. Gdybym miała ją odtworzyć, brzmiałaby mniej więcej tak: Pewien chłopiec, wraz z kolegą, postanowił pograć w planszówki. Zegar tykał, odmierzając czas do rozpoczęcia rozgrywki, kiedy chłopcy biegli z plaży do domu. A tam czekała na nich przygotowana przez mamę, która gotowała pyszny obiad, gra. Tego chłopcom było trzeba. Panienka ogranicza się na razie do bacznych obserwacji i odgadywania, co przedstawiają umieszczone na ściankach piktogramy (a pomysły ma niesamowite). Teraz dołóżcie do wymyślania opowieści całodniowy pobyt na półkoloniach i zajęcia logopedyczne. Odpoczywamy w wakacje? Tylko aktywnie :)

już wakacje są za nami szybko zbiegły letnie dni piosenka